Za siedmioma wzgórzami i jedną bardzo wysoką palmą, w jaskini wyłożonej miękkimi kamieniami i pachnącej suchą trawą, mieszkał mały smok o imieniu Olek.
Miał łuseczki koloru zachodzącego słońca, małe skrzydełka jak dwa listy i… naprawdę bardzo duży ogień w środku. Nie taki ogień, którym można rozpalić ognisko. Taki ogień, który płonął w brzuszku, gdy Olek się zł o ś c i ł.
A złościł się często.
Pewnego ranka Olek wyszedł przed jaskinie pobawić się z przyjaciółmi. Niedaleko rosła wielka lipa, pod którą zawsze spotykały się wszystkie zwierzaki z okolicy.
— Hej, Olku! Gramy w szyszkę! — zawołał wesoło jeżyk Felek i rzucił szyszkę prosto do smoczka.
Ale szyszka poleciała za wysoko, odbiła się od gałęzi i… bam! Wylądowała prosto na głowie Olka.
— AUU!
Olek poczuł, jak coś gorącego wzbiło się w górę od brzuszka aż po gardło. Serduszko zabiło szybciej. Oczka zrobiły się wąskie.
I wtedy… FIOOOOOM!
Z pyszczka Olka wystrzelił wielki strumień ognia. Spaliło się pięć liści, jedna gałązka i cały koszyczek z przekąskami, który przygotowała mama jeżyka.
Felek zastygł w miejscu.
Inne zwierzątka odskoczyły.
Olek stał sam pośrodku spalonej polany. Ogień w środku zgasł, ale w serduszku zostało coś innego… coś ciężkiego i smutnego.
— Przepraszam — mruknął cicho. Ale zwierzątka już się rozeszły.
Olek usiadł pod lipą sam. Łapkami zakrył pyszczek. Nie chciał płakać, ale łzy same spłynęły po łuskach.
— Hej, maluszku — usłyszał nagle cichy, spokojny głos.
Po drugiej stronie drzewa siedziała stara żółwica o imieniu Mama Roza. Miała pomarszczoną twarz i oczy mądre jak gwiazdy.
— Widziałam, co się stało — powiedziała łagodnie. — Boli cię ten ogień?
— Tak — szepnął Olek. — Nie chcę go. On się pojawia sam i wszystko psuje.
Mama Roza podeszła powoli i usiadła obok smoczka. Ani trochę się go nie bała.
— Mogę ci pokazać coś? — zapytała.
Olek kiwnął główką.
— Gdy czujesz, że ogień rośnie w brzuszku… zrób tak.
Mama Roza wzięła głęboki, powolny wdech. Brzuszek jej się uniósł. Potem wolniutko wypuściła powietrze ustami.
Wdech… wydech.
— I jeszcze raz.
Wdech… wydech.
— Ogień potrzebuje powietrza, żeby rosnąć — powiedziała cicho. — Ale jeśli dajesz mu powietrze powoli… on sam przygasa. Jak świeca, którą gaszą delikatnym dmuchnięciem.
Olek zamrugał oczkami.
— Naprawdę?
— Naprawdę. Spróbuj.
Następnego dnia Olek wrócił na polanę.
Felek znów rzucił szyszkę — tym razem celnie. Olek złapał ją w łapki. Ale potem przypadkowo nadepnął na ogonek myszki Zuzi, a myszka pisnęła głośno…
I ogień znowu zaczął rosnąć. Gorący. Duży. Prawie gotowy.
Olek poczuł, jak serduszko bije szybciej. Jak coś w brzuszku się kręci.
Ale tym razem… zatrzymał się.
Wdech…
Oczka przymknął. Brzuszek się uniósł.
…wydech.
Ogień trochę przygasł.
Wdech…
…wydech.
I jeszcze raz.
Zuzia patrzyła na niego szeroko otwartymi oczkami.
— Przepraszam, Zuziu — powiedział w końcu Olek spokojnie. — Nie chciałem. Bolało?
— Trochę — mruknęła myszka. — Ale… dziękuję, że zapytałeś.
Felek podszedł bliżej.
— Olku, co robiłeś przed chwilą? Tak dziwnie oddychałeś.
— Uczyłem ogień, żeby nie był taki pośpieszny — odparł Olek i uśmiechnął się małym, nieśmiałym uśmiechem.
Tego wieczoru, gdy słońce chowało się za wzgórza i niebo robiło się koloru malinowego dżemu, Olek siedział znowu pod lipą. Ale tym razem nie był sam.
Felek siedział po lewej. Zuzia po prawej. A Mama Roza mrugała do nich z pobliskiego stawu, jak spokojna gwiazda.
— Nadal czuję ogień — szepnął Olek do Felusia. — Ale… on już mnie tak nie straszy.
— Bo wiesz, co z nim zrobić — odszepnął jeżyk.
Olek kiwnął łebkiem i poczuł, jak coś ciepłego i miękkiego rozlewa się w serduszku. Nie ogień. Coś zupełnie innego.
Może to był spokój.
Złość to normalne uczucie. Każdy — nawet mały smok — czasem ją czuje. Ale gdy poczujesz, że ogień rośnie w środku, możesz wziąć głęboki wdech i powoli wypuścić powietrze. Wdech… wydech. I znów jest lepiej. Dobranoc, maluszku. Pamiętaj, że twoje uczucia są ważne — i że zawsze możesz je oswoić jednym spokojnym oddechem.
